Zajazd w Dyminach i Restauracja Leśne Runo, czyli dobre miejsce na dużą imprezę
Od razu zaznaczam – to nie będzie klasyczna recenzja. W Zajeździe Dyminy byliśmy na imprezie typu chrzciny, więc dzisiejszy wpis będzie raczej opisem miejsca i menu okolicznościowego oraz opłacalności zrobienia tam imprezy.
A więc: Zajazd to właściwie duży kompleks połączonych budynków, mieszczący w sobie stację benzynową, dwugwiazdkowy hotel i restaurację sieci Leśne Runo. Znajdziecie go na Ściegiennego 264, w pobliżu siedziby Piekarni Pod Telegrafem (po prawej stronie jadąc z Kielc). Zdjęć budynku i wnętrz nie wrzucam, bo lepsze są na stronie WWW Zajazdu.
Sala konferencyjno – eventowa jest ogromna. Na moje oko spokojnie można tam usadzić ze 200 osób i jeszcze zmieści się orkiestra (w razie czego zagrają z antresoli) i będzie gdzie tańczyć. Usadowieni przy stołach otrzymaliśmy
który składał się z dwóch dań: rosołu z kluseczkami i kotleta de volaille, gotowanych ziemniaków i zestawu surówek. Rosół okazał się bardzo poprawny, acz mocno wyczuwalny smak lubczyku kazał niektórym gościom się zastanawić, czy aby nie został już w kuchni potraktowany maggi. Moim zdaniem jednak to właśnie świeży lub suszony lubczyk nadawał mu tego aromatu, bo słoność była odpowiednia, dla mnie nawet za lekka, a kolor raczej żółty niż maggiopodobny. Drugie danie: ponoć de volaille’a nie należy w restauracjach zamawiać, gdyż jest to idealny sposób wykorzystania starego kurczaka. Tutaj jednak nie miałem nic do zarzucenia – panierka była zwarta i chrupka, cieniutka, mięso zaś soczyste, dobrze przyprawione i na drugi dzień nie mieliśmy żadnych problemów żołądkowych :) Ziemniaki gotowane – jak zwykle w wypadku dużych imprez ugotowane wcześniej i przetrzymane w cieple, czyli raczej suchawe. Surówki – z czerwonej kapusty, z buraczków i z białej kapusty okazały się smaczne, acz jako, że to klasyczne surówki, niczym specjalnym nie zaskoczyły. Podsumowując: obiad smaczny, klasyczny, bez fajerwerków, porcje w sam raz.
Po obiedzie przyszła pora na
których duża liczba stała na stole. Do wódeczki idealne, jak mogłem się po chwili przekonać. Zacząłem od galaretki z kurczaka. Była smaczna, aczkolwiek ja jestem raczej miłośnikiem galarety wieprzowej. Skropiona cytryną miło komponowała się z zimną polską wódką.
Na drugi ogień poszły mięsa i galantyny, których było 5 rodzajów. Moim zdecydowanym faworytem okazały się kieszonki ze schabu faszerowane chrzanowym twarożkiem. Mięso zwarte i soczyste, twarożek delikatny, z wyczuwalnym, lecz nienachalnym, smakiem chrzanu. Dzięki szczypiorkowi całość zyskiwała nieco na ostrości. Bardzo dobre.
Galantyna również bardzo dobra, odpowiednio doprawiona, z galaretką, smakowała mi. Przyczepię się jedynie do kolorowego pieprzu – fakt, zaostrzał fajnie smak, ale moim zdaniem ziarna powinny być wcześniej namoczone.
Potem zająłem się schabem ze śliwką, schabem pieczonym i karkówką. Wszystkie trzy mięsa smaczne, soczyste, dzięki warstwie galaretki, która je pokrywała nie wysychały. Jedyne czego mi zabrakło, to żeby choć jedno z mięs przyrządzone było na ostro, bo wszystkie trzy okazały się łagodne w smaku.
Jednym słowem – polecam.
Opinie wulgarne, wyglądające, jak nachalna reklama, reklamy itp. będą usuwane.



