Pat Garret i Turbo Krowa, czyli burgery poznańskie
Dzień imienin Qń’a, od 30 kilku lat, wypada 10 października. Bardzo lubię dzień swoich imienin. Zawsze wtedy w domu był placek z galaretką i owocami oraz świetna kolacja. Więc kiedy w czwartkowy poranek (10-ego października) zadzwonił telefon i usłyszałem pytanie: „Co dziś robisz?” Odruchowo odpowiedziałem: „Zjadłbym placek z galaretką i jakiś fajny obiad” :)
Jednak brak czasu i pośpiech tego dnia, nie pozwolił nam zbyt długo świętować. Ciągle dzwoniące telefony, spotkania, wizyta w serwisie samochodowym, wizyta u fryzjera (nie mojego oczywiście) oraz zakupy na przyjęcie związane z parapetówką znajomych sprawia, że świętowanie imienin musi się odbyć szybko, ale pysznie.
Pada pomysł, żeby zjeść nowości w Świętej Krowie i Burger House.
Zaczynamy od Burger House.
Zamawiamy nowość o nazwie Pat Garrett – 20zł (gruszka, rukola, ser blue, prażony słonecznik, 150g wołowiny z antrykotu, słodko-pikantny i majonezowy sos) i Frytki Stekowe (5zł).
Niestety na samym wejściu w lokalu bardzo przeszkadza mi jakiś gorzki zapach. Kiedyś pachniało tu fajnie wołowiną, a teraz jakby przepalonym olejem.
Po krótkiej chwili Pat Garrett ląduje przed nami.
Jest bardzo smaczny. Po raz kolejny zostaję pozytywnie zaskoczony tym, jak smakuje słodki owoc w burgerze. Chyba powoli staję się fanem takich połączeń. Słodka gruszka tworzy idealny duet z serem blue, gdyby któregokolwiek z tych składników zabrakło w tym zestawie, pewnie nie byłoby tak fajnego efektu. Małym minusem dla mnie była śladowa ilość gruszki, ale szybko zostałem utemperowany przez współtowarzyszkę, która uświadomiła mi, że tak właśnie powinno być, bo gruszka jest dodatkiem, który dodaje smaczku, a nie czymś co ma zagrać tu główną rolę.
Jeśli chodzi o frytki, to dla mnie są one bardzo przeciętne, takie pospolite, więc chyba wycofałbym je z menu, by pozbyć się tego drażniącego i przeszkadzającego zapachu.
Wychodzimy i idziemy do oddalonej o 210 metrów Świętej Krowy, by spróbować kolejnej poznańskiej burgerowej nowości o nazwie Turbo Krowa.
Turbo Krowa (17 zł), o której już dosyć głośno i pozytywnie mówi się na mieście to: 125g wołowiny, fajny pomysłowy sos (nazywany przez jego twórców również „bigosem” ze względu na konsystencję) zrobiony z boczku, cebuli, miodu, suszonych śliwek, odrobiny musztardy oraz turboskładnika – kawy. Tak, tak, kawy właśnie :) Wszystko udekorowane świeżymi liśćmi szpinaku i urozmaicone fajnym smakiem sera Lazur.
Mocno wyczuwalny smak cebuli i śliwek nasączonych kawą (reszta składników wydaje się lekko przytłoczona) tworzy doskonałe połączenie. Powiem szczerze, że obawiałem się kawy w burgerze, że będzie za gorzko, jakoś za ostro, a tymczasem to kolejny fantastyczny nowatorski pomysł w tym miejscu. Kolejny strzał w dziesiątkę!!! Dla kogoś kto, tak jak Qń, uwielbia smak smażonej cebuli, będzie to doskonały rarytasik :) Dodam jeszcze, że przez przypadek (ze względu na bolące gardła) popijaliśmy Turbo Krowę ciepłą, czarną, gorzką, mocną kawą, która idealnie dopasowała się do tej świetnej buły.
Reasumując, dwie bardzo fajne, smaczne i ciekawe propozycje. Mojej znajomej zdecydowanie bardziej smakował Pat Garrett w Burger House, ja natomiast nadal pozostaję wierny Świętej Krowie – za smak, pasję, pomysłowość, klimat i atmosferę w tym miejscu. Ten lokal jeszcze niczym mnie nie rozczarował, nigdy nie zawiódł!
Co prawda nie było placka z galaretką i owocami jaki robiła mi mama w domu rodzinnym, ale imieniny w 2013 roku tez uważam za udane :)
Autorem wpisu i zdjęć jest Daniel „Qń” Konieczny



