Mój pierwszy raz, czyli ramen w Tekeda Sushi-Ramen
Żorż: Na tę chwilę czekałem cały dzień. Dużo o ramenie słyszałem, ale jako że danie to kojarzyło mi się wyłącznie z makaronem, jakoś nie spieszyło mi się by spróbować. No nie poradzę, ale makarony, podobnie jak sushi, mogę zjeść raz na rok i nie czuję potrzeby częstszego po nie sięgania. Jednak Kaszpir bardzo mnie namawiał, przekonywał, że skoro lubię pho, gdzie makaron jest obecny to i japońskiej wersji rosołu powinienem spróbować. A więc wieczorem podjechaliśmy do lokalu Tekeda sushi-ramen.
Lokal jest dwupoziomowy, wybraliśmy stoliki na piętrze by spokojnie móc fotografować to co jemy, poza tym niewątpliwą atrakcją jest podglądanie z góry pracy kucharza:
Zasiedliśmy i sięgnęliśmy po kartę:
Na start wybraliśmy kurczaka w panko i edamame, czyli fasolki sojowe.
Edamame to surowe strączki fasolki sojowej, posolone, chrupiące i zaskakujące smaczne.
Bardzo dobrą przystawką był kurczak w panko. Chrupiąca, dobrze doprawiona panierka okrywała gorącego i soczystego kurczaka. Jak na zakąskę za 10 zł sprawdziła się więcej niż idealnie:
I przyszła pora na Telesfora na gwiazdę wieczoru, czyli ramen. Ja zamówiłem wersję pikantną (Tonkotsu Ramen Aka), Kaszpir zas wybrał wersję łagodną (Tonkotsu Ramen Kuro).
Moja wersja wzbogacona była olejem chili, który miał nadać pikantności, ale chyba tego dnia przesadziłem z ostrością w pho w Co Tu, bo ramen nie wydawał mi się przesadnie pikantny. W bardzo (ale to bardzo) esencjonalnym wieprzowym rosole znajdziemy świetny, robiony na miejscu makaron, plastry wieprzowiny chasu, płat wodorostów, jajko ajitsuko, grzyby, kiełki i zioła.
Rosół jest niemal kleisty, efekt ten uzyskuje się poprzez dłuuugie gotowanie wywaru z wieprzowiny, następnie schładza się go, dzięki czemu z kości wydobywa się kolagen. Następnie rosół jest ponownie podgrzewany. Jest tłusty, esencjonalny i pyszny. Jego smak długo jeszcze utrzymuje się na ustach i podniebieniu. Doskonałe dodatki, jak jajko ajitsuke, które choć ugotowane na twardo, nadal ma płynne żółtko, czy wodorosty podkręcają smak. Jeśli o mnie chodzi, to nie mam zastrzeżeń.
Na koniec zostaliśmy zaskoczeni (bardzo pozytywnie) gratisem w postaci lodów z zielonej herbaty. Cierpko – gorzkawy smak lodów został przełamany słodką bitą śmietaną. Jak zielonej herbaty w postaci płynnej nie trawię kompletnie, tak w postaci lodów sprawdza się doskonale.
Podsumowując: najedliśmy się i wyszliśmy zadowoleni. Jedzenie pyszne, obsługa bardzo przyjemna, a lokal bardzo ładnie urządzony. 107 zł za taką ucztę to także niewygórowana cena, bo jakość i ilość jedzenia jak najbardziej adekwatne do cen. Ja chętnie do Tekedy wrócę, a ramen wpisuje na listę moich ulubionych zup.
P.S. Na paragonie widnieje także sushi, które zamówiła sobie córka Kaszpira, ale ponieważ nie próbowałem, to nie opisuję.
Kaszpir: Fakap? To nie był fakap.
To już moja druga wizyta w Tekedzie. Po pierwszej na parę dni utkwił mi w pamięci smak bulionu i nie chciał wyjść z głowy. A ponieważ nadarzyła się okazja i Żorż pojawił się w Warszawie, nie omieszkaliśmy podjechać na Gocław do jednego z trzech lokali serwujących ramena.
Za pierwszym podejściem było jak z pierwszym seksem. Zabierałem się za to niezdarnie i powoli, obserwując współbiesiadników, którzy najpierw ostrożnie pałeczkami wyjadali zawartość ogromnego talerza a jednocześnie porcelanową łyżką poprawiali gorącym bulionem, doprawiając go jeszcze obłędnymi sosami. Porcja była wielka i w zupełności wystarczająca jako główne danie bez żadnych przystawek.
Shio Ramen (25 złotych) z bulionem z wiejskiej kury (gotowanym dwukrotnie po kilka godzin) i kurczakiem z wolnego wybiegu przyrządzonym w chashu (maryowanym, zwiniętym w rulon i wolno pieczonym) i oczywiście jajkiem z półpłynnym żółtkiem (ajitsuke). Ilość smaków w tym jednym daniu była oszałamiająca. Doszły do tego jeszcze: kukurydza, kiełki fasoli, kawałek nori i innej wschodniej zieleniny :-)
Drugie podejście było już czystą ucztą zmysłów. Tonkotsu Ramen Kuro (27 złotych) z kurą nie miał nic wspólnego. Bulion na bazie wieprzowiny tym razem z wieprzowym chashu doprawiono czarnym olejem z pora. Tu orgazm dla kubków smakowych był już kwestią minut. Czegoś tak dobrego nie jadłem od dawna i choć dla degustacji postanowiłem na chwilę przerwać moją dietę wege to nie żałuję ani sekundy konsumpcji.
O dziwo, na danie nie czeka się długo. Według zapewnień właścicieli załoga szkoliła się ponad pół roku, wygotowała setki litrów bulionu, zagniotła dziesiątki kilogramów ramena i w kółko ćwiczyła kompozycję smaków, w tym oczywiście umami, który istnieje i ma się dobrze. Czy im się udało?
Jako amator nowości twierdzę, że absolutnie tak. A czy ramen to potrawa skończona? Na pewno jeszcze długo nie (przynajmniej dopóki makaron nie pojawi się w hambuksach) ;-) A Tekeda i jej przemiła obsługa jest otwarta na wszelkie uwagi i sugestie.
Witamy nowego króla gastronomicznej Warszawy. I ogłaszam, że od dziś burgery są już passe ;-)
Tekeda sushi & ramen, Meissnera 1/3 oraz Freta 18, Warszawa
Strona www i menu: http://www.sushitekeda.pl



