Mateusz w Toan Pho
Dzisiaj znowu Warszawa. Mateusz postanowił odwiedzić Toan Pho, którego to lokalu ja osobiście jestem wielkim fanem. Czy Mateusz również został wyznawcą serwowanej tam pho? O tym przeczytacie poniżej:
Od dawna tęskniłem za pho, chodziła za mną kilka dobrych miesięcy. Szykowałem się do jej zjedzenia, wręcz przygotowywałem mentalnie. Chciałem wybrać najlepszy lokal, żeby nie doznać zawodu co jest wysoce prawdopodobne w przypadku pho. Zakochałem się w niej kilka lat temu , poczęstowany przez Wietnamczyków w Berlinie, od tamtej pory przekładam ją nad nasz polski rosół, który niestrudzenie leczy wszelkie polskie dolegliwości. W poszukiwaniach wygrała warszawska Toan Pho, uznawana przez wielu za jedyną godną opcję. Knajpka w sieci ma ogromną sławę i masę pozytywnych komentarzy dlatego wydawała mi się godną mojego kulinarnego uniesienia opcją.
Spaceruję chłodną Warszawą, bezustannie kierując się w stronę lokalu, jestem odrobinę zniszczony po całonocnym opijaniu starych znajomości. Szczerze wierzę, że pho mnie uratuje, ufam jej, potrzebuję jej ciepła rozlewającego się po całym ciele, chili piekącego usta i cytryny szczypiącej boki języka. Docieram pod wskazane miejsce i wchodzę do środka. Buch ! Uderza mnie szczypiący zapach cebuli, szczypioru i coś jakby nuta skarpet. Jestem świadomy, że smaki Azji potrafią być różnorodne więc to jeszcze nie przekreśla mojej opinii.
Widzę kilka zajętych stolików i ludzi nachylonych nad miskami. Jakoś tak dziwnie, nieprzyjemnie. Zanim dotrę do sprzedawcy do oczu napływają mi łzy zapach jest tutaj zdecydowanie silniejszy. Spoglądam na kartę, jest krótka to plus. Micha pho kosztuje 16 złotych. Obsługa stojąca za ladą jest zbita w kupkę i spogląda na jakiś azjatycki teleturniej w którym ludzie robią głupie rzeczy. Mam nieodparte wrażenie, że mnie ignorują. Zamawiam pho od cholernie burkliwego sprzedawcy (zły chyba, że im przeszkodziłem w tym teleturnieju ) i schodzę na dół popatrzeć na ludzi spacerujących Chmielną. Dopiero po chwili dociera do mnie wszechogarniający syf i bród. Stolik są niepowycierane, tłuste od sosu chili, który stoi w miskach na każdym stoliku. Podłoga jest straszna, zabłocona, w sumie zima rozumiem. Spoglądam na ludzi, szarzy, dziwni wcale nie zadowoleni. Okna nie widziały szmaty ani z jednej ani z drugiej strony.





