Przejdź do treści
Street Food Polska

lorraine lubi po belgijsku, czyli Frytaski warszawskie

Dzisiaj kolejna recenzja nadesłana. lorraine odwiedziła Frytaski – lokal, który serwuje belgijskie frytki. Mnie nie do końca pasowały serwowane tam fryty, ale czytając recenzję, myślę, że chyba trafiłem na słabszy dzień. Zapraszam więc do czytania:

Mroźnym zimowym popołudniem wybrałyśmy się z siostrą do centrum, spacer nie trwał długo, ale aura swoje robi, trzeba było gdzieś wejść i zjeść coś ciepłego
Zdecydowałyśmy się na frytki we Frytaskach przy ulicy Przeskok 2. Lokal jest maleńki i nie rzuca się w oczy. Frytki dla tego kto się dopatrzy na zdjęciu, gdzie trzeba wejść, żeby zjeść trochę smażonych kartofli ;)
Na szybie od razu zachęcające menu, żeby się człowiek nie musiał motać w środku.
Od razu trzeba przyznać że menu nie kłamie, małą porcją można się najeść. Może jak ktoś jest skrajnie wygłodzony i ma dużą pojemność żołądka, wtedy można zaryzykować duże, w przypadku gdy chce się zjeść przekąskę i ruszyć dalej w mróz, mała porcja wystarcza. No bo też ile można zjeść frytek na jeden raz, zbyt duża porcja jest po prostu nudna.
Lokalik jest mikroskopijny, prócz lady za która Pani smaży frytki jest lada wzdłuż ściany, przy której są trzy miejsca siedzące. Na ścianie jest duże lustro więc można sobie zjeść frytki do lustra ;) Jeśli dobrze pamiętam to gdy było ciepło, wcale nie było opcji wejścia do środka, frytki były podawane z okienka, ale teraz chwała za to udogodnienie. Lecz to nie koniec miłych wiadomości zimową porą, na ladzie stoi termoso-dzbanek z gorąca (i darmową) herbatą, obok są jednorazowe kubeczki, cukier, mieszadełka. Ach, gorąca herbata w mróz, prosta to, lecz wielka przyjemność
 
Czas może przejść już do właściwego posiłku, mała porcja jak już pisałam jest wystarczająca, frytki dostałyśmy usmażone na świeżo, duże i grube, chrupiące z zewnątrz, miękkie w środku, nie nazbyt obficie posolone. Nie miałam im nic do zarzucenia i moim zdaniem w niczym nie ustępowały dużo sławniejszym frytkom z Okienka. W praktycznym kubku-trzymaku prezentują się pięknie.
Wielkość kubka fałszuje oczywiście wielkość porcji, frytki są w papierowym rożku tak, że większość kubka jest pusta.
Wielkość porcji starałam się ująć na tym , niestety, niewyraźnym zdjęciu.
Do frytek oczywiście potrzebujemy sosu, wybór jest spory, część opisana jako własnej roboty, część gotowa.
Porcja sosu kosztuje 50 gr (na plus, bo u konkurencji, bliższej i dalszej, kosztuje całą złotówkę), ale jest mała (niby minus, ale z drugiej strony za wspomnianą złotówkę możemy sobie spróbować dwóch sosów, dzięki czemu wybór jest prostszy :). Ja wzięłam tzatziki i porcja mi wystarczyła, siostra poprosiła o salsę i już w połowie porcji frytek musiała dokupić samuraja.
Sos tzatziki bardzo dobry, znakomicie się komponował z frytkami. Niewiele miał wspólnego z oryginałem bo był majonezowo – koperkowy, a nie jogurtowo-czosnkowo-ogórkowy, ale ja lubię frytki z majonezowymi sosami tak że byłam zadowolona.
Salsa jest opisana jako bardzo pikantna, ale tu wielkie rozczarowanie, wcale nie była pikantna, ciężko mi wręcz oddać jak bardzo nie było w niej ostrości. Była pomidorowo-warzywna i dość słodka. Mnie smakowała bardzo, siostrze mniej, bo miała nadzieję na ostry smak. Trzeci, samuraj, opisany jako ostry, był lekko pikantny, nic nie paliło, można jeść sam, ale ostrość była chociaż wyczuwalna, nie jak w przypadku całkiem słodkiej salsy. Również bardzo smaczny, dodam.
Na koniec dobra wiadomość dla prowadzących bardziej nocny tryb życia, we Frytaskach w soboty i niedzielę w godzinach 20-24 są happy hours, duża porcja w cenie małej, także naprawdę można pojeść nim się ruszy w miasto ;)
Autorką recenzji i zdjęć jest lorraine (na życzenie Autorki pisane z małej litery).
Zgadzasz się z nami? Nie zgadzasz? Masz własną opinię? Skomentuj ten post!
Opinie wulgarne, wyglądające, jak nachalna reklama, reklamy itp. będą usuwane.

Czytaj dalej