Burgermania w American Home, czyli VooDoo po Kuchennych Rewolucjach
Narobiło się. Kielce huczą, komentują, chwalą i tryskają jadem. Magda Gessler przeprowadziła w VooDoo Kuchenne Rewolucje. Bardzo byłem ciekaw efektu. Kilka dni przed otwarciem udało mi się przeniknąć na chwilę do środka (się w końcu jest tym blogerem od recenzji, nie?) i podpytać właścicieli, w którym kierunku pójdą zmiany. Kiedy dowiedziałem się, że burger nie wypadł z menu, ba – będzie ich więcej, poczułem się uspokojony. Ale po otwarciu docierały do mnie różne sygnały – na fan page SFP opinie były zarówno pozytywne (kuchnia), jak i krytyczne (wystrój). A potem Mocny opublikował bardzo emocjonalną video – recenzję, gdzie zmieszał lokal z błotem, twierdząc, że zmiany kompletnie się nie udały. Postanowiłem sprawdzić więc sam, jak to wygląda. Okazja nadarzyła się w piątek, bo akurat wszystkich członków MadMosquito udało się zebrać w Kielcach, więc postanowiliśmy przy jedzeniu przedyskutować kilka pomysłów na dalszą współpracę.
Umówiliśmy się więc o 21.00 w American Home, bo tak się teraz VooDoo nazywa. Pierwszy zwiastun, że Rewolucje pomogły, to fakt, że stolik trzeba rezerwować z wyprzedzeniem. Faktycznie, lokal pełniusieńki, wszystkie miejsca zajęte. Nie będę skupiał się na tym, co wywołało największe chyba emocje – wystroju. Powiem tak – podczas całej wizyty właściwie w ogóle go nie rejestrowałem. Jest na pewno jaśniej niż było (plus), może kiczowato, może inaczej bym to widział – nie istotne (dla mnie). Mnie interesowała karta menu, a nie kwiatki na ścianach. W każdym razie nowy wystrój krzywdy mi nie zrobił, nie do końca może przypadł mi do gustu, ale to kwestia oswojenia, bo najważniejsze jest jedzenie. Zobaczcie, jak to wygląda np. w Warburgerze – kiosk 4 x 4 m, a kolejki ustawiają się przed otwarciem, bo burgery robią rewelacyjne (a kosztują niemało – 25-31 zł bez frytek). Moim zdaniem wystrój schodzi na dalszy plan, jeśli jedzenie celebruje się w dobrym towarzystwie.
A więc karta. Póki co jest tymczasowa, w sensie, że nie wydrukowana profesjonalnie, jak poprzednia. A w karcie? Miód na me serce i ślinotok: burgery!

Zanim przejdę do opisu tego co zjedliśmy, odniosę się do zarzutów Mocnego, który żąda powrotu Luizjana Cheeseburgera. Otóż można go sobie dokładnie „odtworzyć”, wybierając opcję „Twój burger” (22 zł). Na drugiej stronie karty znajdziemy listę dodatków, które do bułki z burgerem możemy dodać. W karcie nie jest to ujęte (a powinno!!! poprawcie to!), ale dopytałem kelnerów i w cenie przysługuje nam 5 dowolnych dodatków z listy, a jeśli ktoś weźmie 6 to też problemu nie będzie:

Do innych zarzutów Mocnego (frytki, kotlet, bułka) odniosę się we właściwej części recenzji poniżej.
A więc burgery. Postanowiliśmy z I. wziąć dwa różne, by wymienić się podczas jedzenia. Ponieważ lokal był pełny, zostaliśmy uprzedzeni, że czas oczekiwania może wynieść do 45 minut, ponieważ burgery robione są na bieżąco, nie przygotowywane wcześniej. Potem padło pytanie o stopień wysmażenia mięsa – poprosiliśmy o średni, by burger zachował tę tkliwą różowość w środku. Po około 40 minutach przyniesiono nasze zamówienie.
Mój wybór padł na
czyli burgera z jelenia w cenie 24 zł. Oprócz mięsa znajdziemy w nim wg menu również grzyby leśne, sałatę, pomidora i bekon. Oraz sosy. Zapalniczkę położyłem, żeby pokazać wielkość i grubość nowych frytek.


Zanim przejdę do burgera – kolejna rzecz wywołująca emocje, czyli frytki. W LCh dostawaliśmy klasyczne julienne. Były dobre i było ich więcej. To co dostajemy obecnie to krojone grubo ziemniaki. Wg zaleceń pani Magdy Gessler, która uważa , że frytki mają być tylko dodatkiem do burgerów. W sumie w LCh frytek też było przecież dużo mniej niż w daniach obiadowych. Tak czy siak – frytek jest jednak mniej niż było. Wizualnie wydaje się, że dużo mniej, podczas jedzenia przekonamy się jednak, że „wagowo” różnica nie jest aż tak duża. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest ich mniej o jakieś 30 g. Te które dostajemy obecnie robione są na miejscu i … są bardzo smaczne, bardziej „domowe”.
A burger? Jest inny. Mięsa jest tyle co było, ale kotlet formowany jest inaczej. Poprzednio był bardziej płaski, zapełniał cała powierzchnię bułki, nawet lekko wystając. Teraz jest dwukrotnie wyższy.

Nie ukrywam, że poprzedni sposób formowania burgerów bardziej mi odpowiadał. Nie jadam burgerów sztućcami i chwilę zastanawiałem się „jak to ugryźć”. Więc po prostu zgniotłem bułkę od góry. Mimo tego zabiegu, pierwsze kęsy to sama bułka, a to nie bardzo mi pasowało. Dopiero następne gryzy doprowadziły do bliskiego kontaktu moich kubków smakowych z mięsem. Sam burger – bardzo dobry. Mięso soczyste, wysmażone idealnie. Grzyby – spodziewałem się kawałków na mięsie, ale okazało się, że grzyby siekane są razem z mięsem (to te ciemne punkty w kotlecie). Nie są nachalne, od czasu do czasu można je wyczuć, lecz to dziczyzna gra główna rolę. W sumie kanapka bardzo smaczna, jednak zabrakło mi jakiegoś wyrazistego dodatku, który przełamałby nieco smak jelenia. Może tak, jak w Warbugerze, dodać np. karmelizowana z wiśnią cebulkę? Byłoby idealnie.

W połowie wymieniłem się z I., by spróbować



P.P.P.S. Pizza – w piątek skubnąłem kawałek od znajomych i… masakra, byłem przerażony. Poszedłem jednak jeszcze raz w sobotę z kolegami i pizza smakowała już super, tak jak wcześniej. Czas oczekiwania na potrawy również uległ skróceniu. Czyli wyciągają wnioski – poczekajcie ze skreślaniem tego lokalu, bo parafrazując klasyka „plotki o ich śmierci są zdecydowanie przesadzone”.
I już naprawdę na koniec – skoro lokal ma odtwarzać klimat amerykańskiego domu lat 50-ych to przydałaby się muzyka z tego okresu ;)
Opinie wulgarne, wyglądające, jak nachalna reklama, reklamy itp. będą usuwane.



