2 dni kulinarnego hedonizmu, czyli Street Food Polska Festival w Galerii Łódzkiej
Ależ to był szalony weekend! 11 i 12 kwietnia pod Galerią Łódzką stanęły food trucki i stoiska z jedzeniem. Łodzianie ( i nie tylko, bo wiele osób przyjechało z innych miast) mogli przez dwa dni cieszyć się pysznym jedzeniem. Jako organizatorzy tego przedsięwzięcia także korzystaliśmy pełnymi garściami i udało nam się zjeść tyle, że jeszcze dziś się oblizuję. Nie spróbowaliśmy wszystkiego, ale trochę się udało i pokrótce postaramy się Wam to opisać.
BB Kings na Festival przygotowali nie tylko znane Wam doskonale burgery i pulled pork, ale także limitowaną pozycję o nazwie Beef&Roll:
Wołowina zrolowana z boczkiem i nadziana serem? Brzmiało świetnie, więc korzystając, że ludzie dopiero się schodzili i nie było kolejek, czym prędzej wysupłałem 20 złotych i nabyłem owo cudo.
Powiem krótko: WYMIATAŁO! Wołowina zgrillowana tak jak prosiłem, czyli medium na granicy raw, idealny bekon i lejący się ser. Nie wiem ile to miało kalorii, wiem, że było pyszne:
Pot Spot przygotował się solidnie, menu było obszerne, ja skusiłem się na kapitalny gulasz z policzków wołowych
oraz rano dnia drugiego na krem buraczano – pomidorowy:
To danie szybciutko w niedzielę znikło, bo okazało się cudownym remedium na „dzień po”, więc sporo osób korzystało ;)
Celtyckie Smaki na swoim stoisku oferowały kiszonego śledzia (6 zł solo, 10 zł z diabelską wkładką) oraz pieczoną szynkę:
Zacząłem od śledzia z wkładką, czyli nalewką wg przepisu z przed wieków (70% alkoholu):
Jak później zaobserwowałem, cieszyło się to ogromnym powodzeniem wśród licznie przybyłych na Festival ludzi. Nic dziwnego, bo pyszne, a śledzik po prostu cudowny.
Szynka ze świń karmionych m.in. żołędziami wzruszała soczystością i cudowną chrupiąco – kleistą skórką:
Idealnym dopełnieniem były slow foodowe musztardy i chrzany, moim faworytem okazało się połączenie z gruszką i imbirem. Na zdjęciu macie namiary na producenta, szukajcie tych musztard bo warto!
The Beef Brothers wysłuchali moich błagań i oprócz burgerów przygotowali także dwie wspaniałe kanapki: philly cheesesteak i corned beef.
Philly cheesesteak to moim zdaniem najlepsza kanapka na świecie, a wersja Beef Brosów była jedną z najlepszych jakie jadłem. Ogromna, wypakowana soczystym wołowym mięsem wymieszanym z serem bułka pachniała i smakowała cudownie. Mógłbym to jeść codziennie:
Corned beef, czyli marynowany mostek wołowy podany w grillowanym chlebie zawierał masę mięsa i sosy. Proste, sycące i rzucające na kolana danie. Mięso kruche i rewelacyjnie doprawione, podkręcone musztarda wzbudzało zachwyt wizualnie i smakowo:
Mobilna Gastromachina to łódzki food truck serwujący burgery i kanapki.
Ja zacząłem od kanapki z wędzonym łososiem i serem pleśniowym:
Polecił mi ją kolega i nie żałowałem, że zaufałem jego rekomendacji. Chrupiąca, grillowana ciabatta w połączeniu z łososiem i serem smakowała obłędnie.
BB Kings z kolei polecali mi burgery, więc skusiłem się na Maczetę, z pierwszym stopniem ostrości (są 3, trzeci opisze Arek poniżej):
Burger przyciąga wzrok, nie tylko kompozycją, ale i kolorem bułki – dodanie do niej suszonych pomidorów sprawia, że z daleka ostrzega: jestem czerwona – będzie ostro! Tak tez było, burger był pikantny, ale dla mnie w sam raz. Pikantny, soczysty, pyszny. Będę wracał.
W międzyczasie skubnąłem jak zwykle świetnych pierożków od Momo:
i pilawu z bakłażanem oraz tureckich gołąbków od Przystań Ortakoy:
4 Kółka i Bułka skusili mnie na kanapkę z byczym ogonem:
Ogony wielbię, więc bez namysłu dałem się namówić. I nie żałowałem, a wszyscy, którzy ode mnie spróbowali, podzielali mój entuzjazm. Kleiste, soczyste mięsko z ogona, z dodatkiem pikli i sosów, zamknięte w pysznej bułce smakowało tak, że kanapka znikała momentalnie w ustach próbujących.
Nie udało mi się spróbować zapiekanek, ale widziałem, że zarówno te od Zapiekanek Tradycyjnych, jak i z Rajskiego Jadła cieszyły się ogromną popularnością i szybciutko się wyprzedawały. Ambasadorem tego typowego polskiego street foodu został Żurom, którego najczęściej widziałem właśnie z zapiekanką:
Ogromnym zainteresowaniem cieszyły się słodycze od Park Cafe
i Waffiezz:
Nic dziwnego, bo pyszne były. Podobnie jak robiące furorę herbaty od Bubbleology Polska:
Bardzo byłem ciekaw oferty Italian Food Truck.
Zdecydowaliśmy się na makaron z owocami morza
Barwiony sepia makaron w towarzystwie pysznego sosu i owoców morza podbił nasze żołądki. Nawet ja, nie jadający klusek, musiałem przyznać, ze był po prostu świetny. A skoro makaron był dobry, to jak smakować musi pizza, pomyślałem i zamówiłem pizzę Wiejską:
Pizza nie odstawała poziomem od pasty. Zniknęła szybciutko, ledwo zdążyłem zjeść dwa kawałki. Cieniutkie, pyszne ciasto, szynka, kiełbasa wiejska, salami i boczek – nie mogło się to nie udać.
Solidne śniadanie to podstawa udanego dnia. Udałem się więc do Bandy Kotleta, gdzie nabyłem Jajcarza:
Pisaliśmy już o nim TUTAJ, dodam tylko od siebie, że to jedna z najlepszych kanapek, jakie jadłem i idealnie sprawdziła się na śniadanie. Bo połączenie boczku i jajka jest po prostu idealne.
Drugiego dnia udałem się na burgera do Burger Truck. Wcześniej jadłem tam Stuffed, tym razem zdecydowałem się na HOT:
Idealnie pikantny, soczysty, podkręcony chimmichurri, z serem i bekonem – po prostu poezja smaku. Polecam tego sprzedawcę.
Nie udało mi się zjeść w American Food Truck i Tommy Burger. Burgery bowiem cieszyły się największym powodzeniem na Festivalu i wyprzedały wszystko – Tommy zamknął klapę po 4 godzinach!
Arek Tysiak:
Do niedzieli 12.04.15 r. wydawało mi się, że jadam na bardzo ostro i nic mnie już nie wzruszy. W końcu potrafię kupić słoik marynowanych papryczek Habanero, zjeść całą zawartość, popić zalewą, wziąć kilka głębszych oddechów i zapomnieć o sprawie. Sosy typu Tabasco już w ogóle nie robią na mnie wrażenia, a przegryzione ziarnko pieprzu to wręcz aperitif.
Gdy Michał wstawił zdjęcie burgera nazwanego Maczeta, pochodzącego z food trucka Mobilnej Gastromachiny i zarekomendował go jako idealny burger na „dzień po”, musiałem spróbować. Szczególnie zachęcił mnie do tego skład. Kotlet wołowy o wadze 150 g, oczywiście grillowany, papryczki Jalapeno, pomidor, czerwona cebula, marynowana papryka, sałata, bułka z suszonym pomidorem i czarnuszką oraz do wyboru sos, oczywiście pikantny.
Że niby taki ostry? No ja nie zjem? Phi! Nie takie rzeczy się jadło! Pewnie nawet nie poczuję jakiejkolwiek ostrości albo w najlepszym przypadku, coś mnie tam po języku posmyra i po chwili przejdzie. Jak ja się łudziłem.
Już przy składaniu zamówienia ekipa Gastomachiny uśmiechnęła się do mnie i powiedzieli mi, że uwielbiają patrzeć na konsumujących Maczetę. Oczywiście gdy padło pytanie o stopień pikantności, chciałem maks. Uprzedzili mnie przed konsekwencjami, ale nie było już odwrotu. W moim burgerze miało wylądować sześć kropli sosu Mad Dog posiadającego 375000 jednostek w skali Scoville’a. Dla porównania Tabasco mieści się w granicach 2500-5000 SHU.
Na burgera oczkiwałem około dwudziestu minut. Po odpakowaniu go, uderzyła mnie od razu w twarz charkterystyczna woń kapsaicyny. Aż mnie w nosie zakręciło. Już pomarańczowawy kolor bułki ostrzegał, że będę miał do czynienia z prawdziwie piekielnym pomiotem.
Pierwszy gryz nie zwiastował jeszcze nadchodzącej apokalipsy. Ot na podniebieniu zagrała fantastyczna mieszanka smaków pochodząca ze świeżych dodatków, pysznej bułki i doskonale wysmażonego, soczystego mięsa. Kolejny gryz również bardzo przyjemny, choć na podniebieniu zacząłem czuć ostrość. Trzeci gryz i pojawiło się tąpnięcie. Poczułem, jak robię się czerwony na twarzy, co też potwierdził mój kompan. Kubki smakowe zaczęły płonąć, tak samo jak mój nos i usta. Wszystko zaczęło się rozmazywać. Czułem się jak wstawiony.
Im dalej w las, tym było ciekawiej. Ponieważ moja jama ustna płonęła, a oczy zaszły łzami, poszedłem szukać ratunku w czymś do picia. Wróciłem więc do moich oprawców z Gastromachiny i nabyłem butelkę Nestea. Mieli ładny ubaw widząc moją minę.
Gdy byłem przy końcówce burgera, trzęsła mi się prawa ręka, jakbym miał delirkę, a w głowie szumiały morskie fale. Dojście do siebie po konsumpcji zajęło mi dobre pół godziny, choć ciarki latające po kręgosłupie, męczyły mnie jeszcze długi czas.
Czy polecam? Zdecydowanie tak. Burger był przepyszny to raz, a dwa, pokazał mi, że jeśli nic mnie już nie dziwi w doznaniach ostrości, Mobilna Gastromachina potrafi to zmienić. Pozycja obowiązkowa dla każdego Chillihead’a.
PS. Do spróbowania Maczety zachęciłem mojego znajomego, również fana ostrego żarcia. Podczas degustacji burgera zrobił się czerwony, zaczął gubić wątki rozmowy, a potem stwierdził, że myślał, że sobie żartuję z tą ostrością. Też płonął.
Łódź – do zobaczenia wkrótce!
Więcej zdjęć tutaj: https://www.facebook.com/media/set/?set=a.532436663560771.1073741844.310041655800274&type=1



